czwartek, 25 października 2012

PAŃSTWO SŁUPKÓW, KOŁKÓW I PACHOŁKÓW


Specjaliści od słupków, jak to przewrotnie w nocnych rozmowach Polaków nazywam „sondażownie”, mają teraz klawo. Grosz częsty, łatwy i przyjemny, kiedy słupki sięgają wysoko tym co są przy władzy lub tym co chcą bardzo zaistnieć i nie zniknąć z rzeczywistości politycznej. Słupki są zamawiane non stop a to przez największe partie a to przez media. 
Mała partia ta od wesołych zachowań spowodowanych paleniem maryhy też zamawia nieraz słupki po tym jak zorganizuje jakieś publiczne "palenie trawy" i ankieterzy trafią na zarajefajnych na tym punkcie. Wtedy im trochę drgnie i jak im tak zacznie drgać to może to wywołać jakiś rezonans, a to jak pamiętamy z lekcji fizyki może okazać się zgubne, szczególnie na dużej wysokości i przy dużej prędkości.

Tymi słupkami katują nas często i mocno, różnice są nieraz w granicach błędu statystycznego, ale komentarze do tych wyników są często już ogromną pomyłką, jeśli nie całkowitą porażką. To zależy kto i kogo komentuje. Rządu POPISU nie udało się Polakom zafundować, ale słupkowy sejm już tak.

Że też nie ma żadnego sądu, surowego sądu i jeszcze surowszych wyroków na tych mądrachełków co to fundują nam kołki i pachołki w mieście. Podam przykład mi najbliższy mojego ukochanego miasta Płocka. Parkingów jest tu co kot napłakał, a tam gdzie można by zaparkować stawia się szlaban kołka lub pachołka, albo znak zakazu z adnotacją co czeka delikwenta, który zakaz złamie. Ponieważ obraz znaczy więcej niż 1000 słów obiecuję i zobowiązuję się, że zamieszczę kilka fotek takich miejsc, o których tu wspominam w najbliższym czasie, a może jakiś konkurs ogólnopolski zdołam ogłosić. Kupi jeden z drugim obiekt w dobrym punkcie miasta i zaraz trach; teren prywatny, szlaban, zakaz, kołek i pachołek. Ta przypadłość dopadła też jednego radnego z płockiej Rady Miasta. Chce zamknąć całą ulicę, która akurat przebiega obok gmachu, w którym przesiaduje, tak przesiaduje, bo póki co nie widać jakoś efektów jego pracy i przemyśleń. Zaiste nie tylko kraj ale i moje miasto pełne jest kołków i pachołków. Ten domorosły specjalista od zamykania ulic i tak nie zazna spokoju bo dopadnie go zemsta Krzywoustego, ku czci którego płocczanie monument wystawili i tam wycieczki podążać będą. A ile taka dzieciarnia potrafi wyprodukować w swoich gardłach decybeli, to tylko pryncypał, jakby nie było nauczyciel przecież, może mu powiedzieć; warkot silników to przy tym mały pikuś.

Zatem ja twardo obstaję, za wycinaniem kołków i pachołków z naszych ulic i parkingów oraz z list wyborczych. Może to są tylko marzenia, ale: "Wszystko się może zdarzyć gdy głowa pełna marzeń"
http://www.youtube.com/watch?v=ruQJ1difOS4&feature=related i coś do samodzielnego wykonania:
http://www.youtube.com/watch?v=MxSP7GDIdT4&feature=related

Najważniejsze, że po dzisiejszym dniu, każdy mieszkaniec Płocka będzie mógł tworzyć budżet miasta. Inicjatywa fantastyczna na trudne czasy, idealna na kryzys. Im więcej osób będzie myślało tym większe szansę, że nic się nie zrobi. Oj będzie pewnie mnóstwo pomysłów, ja już mam jeden: mało pachołków i więcej parkingów, szczególnie poproszę Panie Prezydencie przy szpitalu wojewódzkim na osiedlu Winiary.

Twardy

czwartek, 18 października 2012

Narodowy zawrót (d...) głowy


Co za pech, co za pech miał być mecz a stadion zdech/ł. Ładne rzeczy, ładne rzeczy a Robercik tylko beczy: jak nie zamknąć ojcze drogi tego dachu było trza, przecież ja mam tylko nogi a gdzie głowa mądra ma. Obrażeni trzej panowie, każdy z nich swą rzepkę skrobie. Tu obrona a tam atak, pewnie przyda się armata. Jakaś cięta blond panienka w radio zwalniać chce sportsmenka. 

Jakieś fatum wisi ciągle nad stadionem narodowym, jak nie murawa to problemy z dachem. Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało, przecież tylko popadało. Cieszę się, że chociaż Biało-czerwoni nie dali plamy drugiego dnia i zremisowali. Trzeba przyznać, że się starali, naprawdę. 

Jak to bywa, zaraz po niby skandalicznym przełożeniu meczu mędrkują w mediach nasze "rozgwiazdy". Zaraz robią z naszego kraju jakiś trzeci świat, czasem może coś się popsuć, nie wpadajmy w paranoję. Nie wiem czemu tylko wciągnęli w to naszego Premiera, czy on sam się wciągnął chcąc jak zwykle błyszczeć. Dziwi mnie, że głowa rządu zajmuje się czymś takim jak strugi deszczu. Czyżby w najjaśniejszej nie było ważniejszych rzeczy niż kłótnie pomiędzy PZPN i Ministerstwem Sportu oraz kibicami. Jakieś kontrole nasyłają na panią Muchę. Co to da jak i tak odszkodowania trzeba będzie płacić i to mam nadzieję, że duże. Podoba mi się to, że można odzyskać parę groszy. Na Białorusi, Tadżykistanie albo w nawet Rosji pewnie nie byłoby to możliwe ale w Polsce, kraju z europejskimi ambicjami i tradycjami, już można walczyć o swoje. Niech tylko Pan Gowin uwolni jeszcze kilka zawodów, w tym adwokatów, to zwroty murowane. Szkoda, że przez likwidację 79 sądów będzie to trwało pewnie latami. Polak cierpliwy, nie takie rzeczy znosił. 

Służby specjalne lepiej wysłać w inne ciekawsze miejsca a nie do NCS i Ministerstwa. Najwyżej znajdą lub nie, dokument, w którym ktoś albo zgłosił możliwość zamknięcia dachu lub nie zgłosił. Szkoda kaski na takie drobiazgi. Wiem, że będzie kolejny sukces medialny PO bo Premier zwolni przez Panią Ministrę prezesa NCS ale to obłęd. Lepiej niech Premier powalczy w Brukseli o kaskę na następne lata dla naszych regionów. 

Na drugi raz budujmy stadiony z zakrytym dachem, nie będzie problemu z przewidywaniem pogody, nie będzie musiał Premier się denerwować i będzie mógł spokojnie zagrać w gałę nie bacząc na deszczyk czy też dreszczyk emocji. 
A może zróbmy jakiś marsz, to nam naprawdę dobrze wychodzi.

Twardy

środa, 12 września 2012

Wszystko dobre co się dobrze kończy


Dobrze byłoby gdyby rzeczywiście dobrze się kończyło, ale tak dobrze to nie ma, bo lato skończy się niebawem, w tym roku będzie trwało 93 dni, 15 godzin i 40 minut, a skończy się 22 września o godzinie 16:49. To dotyczy lata astronomicznego. Z kolei lato kalendarzowe zawsze trwa równo 93 dni, od 22 czerwca do 23 września, kiedy to rozpoczyna się kalendarzowa jesień. Gwoli wyjaśnienia ten tytuł zaczerpnąłem od Szekspira, bo w naszym umęczonym i nieszczęśliwym kraju, sytuacja jest tragikomiczna, tak jak w tej sztuce „All`s Well That Ends Well” co po naszemu jest dokładnie jak wyżej, to komedia autorstwa Williama Szekspira, napisana pomiędzy 1601 a 1608 rokiem. Trudno ją jednoznacznie zaklasyfikować do kategorii komedii lub tragedii. Dokładnie tak jak u nas w realu.

I tak w pierwszym akcie mamy już za sobą Euro 2012, do historii przeszła też Olimpiada i Paraolimpiada. Teraz nastał czas rachunków, porachunków i rozrachunków. W rolę rachmistrza wcieliła się nasza ministra od sportu, co to zawsze zwraca na siebie uwagę a to niespójną i niekompetentną gadką na tematy, na których się nie zna, a z racji sprawowanej funkcji, znać się powinna, a to zatrudniając jakiegoś dyrektora od fryzjerów. Swoją drogą nasz sport ma, a raczej nie ma szczęścia do fryzjerów. Jednemu to nawet policja z przykazania sądu naszego powszechnego musiała wskazać adres gdzie jest jego miejsce do rozmyślań nad kondycją polskiego sportu. Przy tych rozrachunkach poleciały też głowy. 

Co prawda jak podaje „Newsweek” gilotyny użyto po raz ostatni 35 lat temu. Ścinano nią głowy wielkich polityków i zwykłych przestępców. Do powszechnego użycia weszła pod koniec XVIII wieku i niemal bez zmian przetrwała przez trzy kolejne stulecia. Ostatni raz śmiertelne ostrze gilotyny opadło we Francji 10 września 1977 roku. U nas po Euro poleciała głowa Smudy. Tym razem obeszło się bez gilotyny. Nawet kołnierzyka mu nikt nie odpruł, co skazanym na ścięcie przez gilotynę czyniono. Za to szyję naszej „ministerki” co to sportem ma zawiadywać spowił piękny szal w kolorze szafiru na konferencji inicjującej rachunki i rozrachunki.

Podsumowaniom nie było końca, słupki, wykresy, analizy i oszałamiająca konkluzja, wypadliśmy słabo, ale jak się przyłożymy, jak się sprężymy to za 16 lat zdobędziemy 60 medali tak jak Wielka Brytania, no może za 12 lat jeśli weźmiemy się do roboty, bo wszyscy Polacy to jedna rodzina i wszyscy pewnie zdaniem Pani minister ponosimy odpowiedzialność za taki wynik, ale już jak naprawdę zepniemy pośladki i zaczniemy ciągły sprint to nawet za 8 lat dojdziemy do wyników Gross Brytanii. Perspektywa znakomita, to nic , że nasz stadion narodowy taki wielki i drogi nie nadaje się oprócz kopanej do innych dyscyplin. Jak usłyszałem o tych 16-8 latach to od razu przypomniał mi się wiersz Tuwima "Lokomotywa". Pewnie i nasza w tych wynikach zasługa skoro 30% uczniów ma zwolnienia z lekcji w-fu. Bijmy się w pierś z Panią Minister Anną ku uciesze dobrze zarabiającym „związkowcom sportowym”. Ponieważ złota na olimpiadzie zdobyliśmy tyle co kot napłakał to na pocieszenie został nam Amber Gold, czyli jakby znowu przełożyć na bardziej ludzki język wyszłoby „bursztyn złoto” lub w wolnym tłumaczeniu „złoty bursztyn”. 
 
Amber jak przystało na genialnie oszukańczą piramidę finansową w zdobywaniu kapitału biednych ludzi świetnie sobie radziła. Dobra reklama, stoiska w dużych galeriach handlowych, bogato zdobiona fasada siedziby firmy zmyliła chętnych zysku pazernych bogaczy i biednych emerytów, którzy liczyli, że pomnożą swoje skromne zasoby i będzie ich stać na lekarstwa, które są coraz droższe i trudniej dostępne. Trochę to dziwne, że ludzie zapomnieli o BKO /Bezpieczna Kasa Oszczędności/ Grobelnego. Przydałaby się znowu ta prawdziwa gilotyna. Jej wizja może ostudziłaby zapał niektórych pomysłodawców i ich pomagierów, choćby takich co kazali się nawet tytułować debilem. Wyszło na to, że najlepszym i najpewniejszym miejscem do inwestycji są skarpety. Tylko ostrzegam; nie te, w których miał puścić spekulantów były Prezydent: nomen omen też z Gdańska. 

Tu na zakończenie pozwolę sobie skorzystać z Wikipedii: Nomen omen - zwrot po łacinie, który można przetłumaczyć jako "imię jest wróżbą, stanowi znak", co według starożytnych Rzymian oznacza, że imię lub nazwisko kryje w sobie informację o człowieku, czy też np. zdradza jego cechy charakteru lub przeznaczony mu los. Dotyczy to także przedmiotów, czy też nazw.
To chyba coś znaczy?
Nomen omen Twardy

środa, 29 sierpnia 2012

Centrum Monitoringu Idiotyzmu


Dawnymi czasy w wakacje w mediach był sezon ogórkowy i żniwa. Teraz to się mocno zmieniło. Nie ma mowy o żadnym sezonie ogórkowym i dziennikarze nie mają laby bo i zapotrzebowanie społeczeństwa na sensację jest bardzo duże. Wprawdzie to końcówka wakacji, kiedy to normalny człowiek stara się odpocząć od ciągłego biegania, stresu, hałasu ale cały czas namawiąją nas na medialne atrakcje.
 
Zmęczenie daje o sobie znać więc kombinujemy, aby ten okres urlopowy był wyjątkowy prawie tak jak za czasów nieboszczki PZPR, ale nasz błogi spokój zakłócają informacje, a to, o aferze taśmowej a to, te sensacje o Amber Gold, czy ojciec wiedział, a jeśli wiedział, czy synowi powiedział, a jak nie wiedział to dlaczego nie wiedział, bo przecież wiedzieć powinien
 
Tak jak pisałem we wcześniejszym poście, mamy fantastyczny kraj i jeszcze bardziej co najmniej kilkunastu fantastycznych polityków, którzy bardzo martwią się o naszą przyszłość (podnosząc sobie świadczenia w trakcie trwania Euro 2012) a nam też podnosząc, a jakże tylko nie uposażenia, a wiek emerytalny
 
Najzabawniejsza jest opozycja, skacze jak osioł w bajce o Shreku: "ja wiem, ja wiem ,ja ,ja wiem". Shrek skojarzył mi się po przeczytaniu bloga najnowszego sekretarza generalnego SLD, w którym chwali się pomysłem utworzenia Centrum Monitoringu Nepotyzmu.
 
Coś wydaje mi się, że: „zapomniał wół, jak...” buduje to centrum chyba po to aby sprawdzić ilu jeszcze członków jego ugrupowania przetrwało w spółkach Skarbu Państwa maskując swoje barwy polityczne, ciągną kasę niczym to ciele z naszego przywołanego tu przysłowia co to wołem się już stało, co prawda wół, to byk bez jaj, ale rogi jakby nie było ma i bierze udział w polityczno-gospodarczej corridzie, nie dając najmniejszych szans uczciwym torreadorom, za których tu robi opozycja, było nie było wymachując czerwoną płachtą tfu znaczy się; sztandarem.

Może pan dr Gawkowski jest zbyt młody albo cierpi na jakąś starczą demencję co to jest wybiórcza i zdarza się w każdym wieku i nie wie z powodów tu wymienionych albo jeszcze gorszych jak to z klucza politycznego dawniej zajęli co tylko było w zasięgu: stanowiska od sprzątaczki wzwyż jak to mówił ich protoplasta, że sprzątaczka może rządzić państwem. Media też były czerwone, a czerwień miała być jeszcze czerwieńsza tylko sprawa się rypła za przyczyną Rywina
 
Pani prof. Staniszkis płacze, że wolność słowa jest ograniczana w Polsce. Pytam się tylko czemu nikt wcześniej nic nie robił? Skoro taśmy chodziły od kilku tygodni to wszyscy są winni tej sytuacji, również dziennikarze. 
 
Tak sobie marzę aby Marszałek Sejmu na pierwszym posiedzeniu zaraz po wakacjach, jak już wszyscy znakomici posłowie z opozycji zasiądą w ławach poselskich, a wcześniej poznają ponownie drogę do kasy sejmowej, zamknął wszystkie wyjścia na cztery spusty i puścił film "Kariera Nikodema Dyzmy" z Romanem Wilhelmim i Cezarym Pazurą. Niech „wybrańcy kipiącego z nienawiści do Rządu Narodu” pomyślą jak odpowiedzieć na moje pytanie: jakie są różnice między postaciami stworzonymi w tych produkcjach, a niektórymi posłami obecnej kadencji sejmu RP. Może taka projekcja choć na chwilę, na początku powakacyjnego rozdania sejmowego, dałaby im do myślenia? Myślenie ponoć nie boli i nie wiem dlaczego tak się tego unika nawet w Sejmie? Przecież jeśli ktoś chce pracować w administracji publicznej to musi się liczyć z ograniczeniami finansowymi w zarobkach, jeśli komuś mało to niech spada do prywaciarza. Moim zdaniem praca w administracji państwowej to służba drugiemu człowiekowi, a jak wiadomo na pomaganiu nie za bardzo można zarobić. Sami oceńcie czy nie mam racji, że tak naprawdę nic się nie zmieniło w podejściu części wybieranych polityków do piastowania funkcji państwowych i do społeczeństwa od obrazu ukazanego w książce, która ponoć została napisana niedaleko od Płocka na podstawie, której powstał ten film.
 
Bardzo podoba mi się scena w "Nikosiu" jak po suto zakrapianej kolacji część kompanów z ław sejmowych udaje się na polowanie i rozmawiają w stajni: "a ty Nikodemie co myślisz ty za komuny to co maturę robiłeś? cośmy narozrabiali to nikt nam nie odbierze, byłem biedny ale wszyscy byli biedni, i to mi to nie przeszkadzało, a teraz dookoła tyle bogactwa a ja dalej jestem biedny. Wie pan co; panie doktorze w tym co Pan mówi jest jakiś sens ale ty k... Kropiel zamknij się, jaki ty byleś biedny jak twój ojciec miał komis w Kielcach Grześ, jak tak można do naszego kochanego ministra, a kto donosił w „internacie” do strażników, a kto Annie Walentynowicz zajebał gumę do żucia balonową, .... a ty k... co mi zrobisz zastrzelisz mnie, przecież ty nawet strzelać nie umiesz, choć zrobili cię ministrem służb specjalnych a ja po handlu zagranicznym ze znajomością 3 języków rumuński perfekt, i co zrobiliście mnie głównym celnikiem, wstydzicie się , że mam kwalifikacje, a kto u nas rządzi armią - nauczyciel w-fu, a kto jest ministrem skarbu - technik mechanik, a kto jest ministrem zdrowia - dentysta, ... oj koledzy koledzy a ty ... zapomniałeś jak byłeś ministrem komunikacji jak się pociągi powypier... jak zreformowałeś rozkład jazdy ..."

Tu nie chodzi tak naprawdę o żadną aferę taśmową tylko o osłabienie wręcz o obalenie rządu. Faktem jest, że powinno się wybierać na stanowiska osoby odpowiedzialne i przygotowane merytorycznie i tego obecnie brakuje po stronie Platformy Obywatelskiej. O tym wielcy liberałowie zapomnieli, gdzieś się zapętlili, ale to też nawyki z poprzednich lat, bo tak było zawsze, a czy tak ma być? I wydaje mi się, że bicie piany przez PiS, Ruch Palikota i SLD to tylko burza. Niech Lud nie myśli, że kolejna komisja sejmowa do zbadania czy kamera nagrywała sama spowoduje kolejne wydatki na wynagrodzenia dla zasiadających w niej posłów. 
 
Kto jest bez grzechu niech pierwszy...”

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Emerytem być - Piotr Duda na premiera !

Nie wiem z jakiej to przyczyny, bo niezbadane są wyroki Opatrzności, przypomniał mi się film serialowy pod tytułem 40-latek w reżyserii Jerzego Gruzy i młody Karwowski, który zapytany na lekcji; kim chciałby być, odpowiedział emerytem. To były prorocze słowa, już w tamtych czasach przewidział, że życie szybko przemija i emerytem jakby nie było będzie, i tak się stało. Nie przewidywał, że zdrowie mu może nie dopisać, ale w tamtych czasach służba zdrowia jak wszystkie inne dziedziny naszego życia miała mniej problemów. To teraz powymyślali limity i kontrakty, kiedyś pacjent szybciej dostawał się do lekarza w przychodni i nie było przecież tych tak zwanych lekarzy "pierwszego uderzenia", którzy albo pomogą albo nie.

Tak wiec młody Karwowski to szczęściarz, w dzisiejszych czasach emerytami będzie tylko elita, należeć będą do niej, jak dobrze pójdzie 70-latkowie oraz nasi wybrańcy narodu co oprócz „niskiej diety” poselskiej pobierają jeszcze należące się im właśnie emerytury.

Głośno się ostatnio zrobiło w ostatnich dniach o pobieraniu przez posłów wysokich apanaży o emeryturach i podniesieniu wieku do emerytury uprawniającego, o wdrożeniu w życie planów pani Merkel przez Premiera Tuska. Przewodniczący największego ruchu społecznego Pan Duda walczy z tym szatańskim pomysłem. Uważa, że biedni Polacy znajdą wszystkich bogaczy i zrobią rewolucję, będą pewnie wyciągać ich z mieszkań i na placach chłostać, za to że mają więcej niż Pan Duda. Ja osobiście nie zgadzam się na to, bo mam w tym osobisty interes, żeby była jasność w tym temacie, z podnoszeniem wieku emerytalnego, ale jestem przeciwny ogólnokrajowemu linczowi. Widzę, że ludzie w wieku 60+ są już zmęczeni ciągłą walką o kawałek srebrnika i to jest bez sensu wydłużać emeryturę skoro tyle osób jest bez pracy. Wiem, że na świecie panuje kryzys, który i nas dotyka i pewnie dotknie jeszcze bardziej, ale spokojnie zawsze kiedy jest bessa, to później przychodzi hossa, jak to ilustruje krzywa Gaussa. Zastanówmy się lepiej co zrobić, aby było więcej miejsc pracy, w szczególności dla ludzi młodych. Emeryci powinni odchodzić na emerytury, bo to taka jest prawidłowa kolej rzeczy. Już swoje przepracowali, powinni cieszyć się z tego, że będą odpoczywać, zwiedzać i bawić się z wnukami i prawnukami. To młodym potrzebna jest praca, to młodzi muszą gdzieś mieszkać. Emeryci zazwyczaj mają mieszkania lub domy i nie muszą spłacać kredytów ledwo co zaciągniętych na 30 lat jak to mają młodzi.

Mam wielki szacunek do emerytów i dajmy im godnie odpoczywać, a młodych zaktywizujmy do pracy, również na rzecz emerytów. Niech Przewodniczący Duda zacznie konstruktywnie myśleć, tak jak przedstawiciele innych związków zawodowych.

Moim zdaniem bycie związkowcem zobowiązuje do pracy na rzecz innych, a nie tylko na siebie. Każdy może wyjść na ulice i krzyczeć, mamy za mało, dajcie więcej, nie o to chyba chodzi. Wiem, że wydłużając czas pracy nie zapchamy dziury budżetowej, lepiej zatroszczmy się o pracę dla młodych, niż o skracanie odpoczynku i życia naszym seniorom.
Pozdrawiam. Twardy

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

O szkole, kombinacjach i trochę wspomnień...

Nieodżałowany Jan Izydor Sztaudynger spuentował nasze szkolnictwo w ten sposób: „Zdolna jest czasem szkoła z najzdolniejszego zrobić matoła”. Nasz zmarły w 1970 roku satyryk był z wykształcenia socjologiem to chyba wiedział co rymuje. Jednakowoż niedostatki szkolnej edukacji nadrabia realne, praktyczne życie, bo Polak potrafi. I to jak, nasze umiejętności przystosowywania się do realiów pokazuje Bareja w filmie „Miś”.

Obserwując dzisiejszą rzeczywistość okazały się prorocze spostrzeżenia artystów. Tak mi się wydaje, że od 10-13 lat zmiany w myśleniu i edukacji, w szczególności młodego pokolenia, zmierzają w złym kierunku. Demokracja, wolność słowa, mnogość ugrupowań politycznych i krótkotrwała ich aktywność na scenie rządowej, przyczyniły się do ludzkiej bezmyślności i kombinowania. Wiem co piszę bo jestem niejako produktem tego systemu, przy swoich 36 latach egzystencji, na tym najlepszym ze światów zapamiętałem troszkę dawnej solidarnej Polski, o której młodsi ode mnie uczą się z już z podręczników, pisanych czasami przez oportunistów i wydawanych przez pazernych na pieniądz wydawców. Co chwilę słyszymy (najczęściej w okresie rozpoczęcia roku szkolnego) o słabej jakości tychże pozycji co to mają uczyć pamięci historycznej, ale efekt tego jest jak, to widać na ulicy i w telewizji, jest mizerny. Ministerstwo Edukacji nic sobie nie robi z tego. Chyba nasi politycy stosują tą zasadę, której hołdowali: Filip Macedoński i Ludwik XI: „divie et impera”, znaczy się dziel i rządź,a w wolnym tłumaczeniu wychodzi, że im obywatel głupszy tym łatwiej się nim rządzi, tylko czy to właściwa droga i ścieżka, czy też kurs do tak propagowanej przez Platformę "zielonej wyspy"?. 

Pamiętam czasy mojego dzieciństwa, kiedy rodzice zapracowani na zmiany, posyłali mnie przed świętami w długą kolejkę aby w zieleniaku na Skarpie kupić karpia i kilka pomarańczy, aby w wigilijny wieczór móc skosztować imperialistycznego, jak mówią teraz o USA w Korei Północnej, a u nas wtedy tak mówili - owocu południowego. Tamtej atmosfery nie odda żaden opis , a dzisiejsza młodzież nie zna smaku cukierka "kartoflaka", napoju w folii marki cytro-netta - o smaku rozcieńczonego ludwika. 

Zapewne w podręcznikach niebawem będą omawiane wydarzenia w Smoleńsku , a o produktach czekoladopodobnych będzie cicho sza. Młodzież ma teraz wszystkie dobra materialne i używki na wyciągnięcie ręki, jakiś młodzian przysłał mi niedawno maila z żartem: „matka pyta swoje dziecko; Jasiu czy ty masz problem z narkotykami, ależ skądże mama; żadnego, dzwonię i przywożą pod dom”. Sam już jestem rodzicem, czym już tutaj epatowałem, nasza czteroletnia córka zmusza nas do niemałego wysiłku, aby zaspokoić jej ciekawość świata. Uczymy Michalinkę opisywania rzeczywistości własnymi słowami, nie marnujemy żadnej okazji, ostatnio kiedy wracaliśmy ze szpitala, gdzie odwiedziliśmy mamę i jej najnowszego braciszka mogłem się wykazać, choć łatwo mi nie było. Dlatego też martwi mnie poziom nauczania w szkołach i brak tak naprawdę zainteresowania wychowaniem młodzieży.

Ja jestem potomkiem wyżu demograficznego, czyli niejako, też jestem wyżem i wtedy kiedy dorastałem władze Rzeczypospolitej dbały o poziom wykształcenia aby dogonić Europę. Zaś z nadejściem nowej ery ustrojowej przedsiębiorczy obywatele przewidując możliwość niezłego zarobku zakładali uczelnie wyższe, każdy wykładowca akademicki miał tyle godzin ile chciał, w tylu szkołach ilu chciał, nie ma siły musiało się to odbić na jakości, czyli poziomie wiedzy absolwentów, na których cześć zapewne wyprodukowano nawet wódkę „Absolwent”.

Tak w wakacje mnie napadło, nie wiedzieć czemu, żeby przypomnieć sobie szkolne lata i oto co odkrywa moja pamięć. Moja szkoła szkoła podstawowa, to dawna szkoła nr 18 na Skarpie i nr 2 na Międzytorzu. Tej "18" nie za bardzo pamiętam, wiem, że miałem blisko i jakoś w 4 klasie przeprowadziłem się na Międzytorze bo tata dostał po wielu latach mieszkanie M-4, wtedy to był luksus. Przeniosłem się do szkoły podstawowej nr 2 i to już dobrze pamiętam. Moją wychowawczynią była bardzo sympatyczna Pani Teresa Jakubowska, oddana uczniom, sympatyczna. Miło wspominam Panią od biologii, chyba nazywała się Rutkowska, wymagającą Panią od języka polskiego ... i Panią od matmy, która ostro nas trenowała, ale z dobrym skutkiem. Szkoła średnia to już prawdziwe wyzwanie edukacyjne. Uczęszczałem 5 lat do Elektryka, do 1. klasy elektronicznej w Płocku. Świetni nauczyciele, Pani od matmy szalała na lekcjach, już obowiązywała skala ocen od 1 do 6, czasem jakaś "pała" wpadła ale wszystko było pod kontrolą. Z trwogą wspominam właśnie matematykę, każda lekcja to był zawsze stres. Każdy czuł respekt przed Matematyczką, potrafiła połowie klasy w ciągu jednej godziny postawić same niedostateczne, ale pomijając nasze stresy przynosiło to efekty. Maturę zdałem na 4 więc na spoko to przeszedłem. Dopiero na studiach zostało to zweryfikowane, że nie miałem z matmą problemów żadnych. Ale tak sobie myślę, że nauczycielom się chciało nas uczyć, mieli stanowcze podejście do uczniów, większy szacunek, tak jak i my mieliśmy szacunek do nauczycieli. Było nas w klasie szkoły średniej 34 osoby, same chłopaki i był spokój w szkole. Żadnego chamstwa, żadnych narkotyków i innych głupot. Można było się bawić i uczyć z uśmiechem na twarzy. Czasem zamiast na rekolekcje chodziliśmy na wino do kolegi, do jego domu, zamiast do kościoła. Tu przypomina mi się jak Dziadek mój nawiał:, że „dobrego knajpa nie zepsuje a złego kościół nie naprawi”. Z tego co wiem z mojej szkoły średniej większość osób pokończyła studia i każdy ma pracę. Myślę, że to właśnie szkoła średnia najbardziej nas ukształtowała. Kiedy już wyfrunęliśmy spod skrzydeł rodziców szkoła nas przyjęła i właśnie wychowywała. 

Tak jak już wspomniałem mieliśmy ogromny szacunek do nauczycieli, trzeba było być czujnym, kartkówka pojawiała się nawet na 1. zajęciach z matmy po wakacjach. A teraz z tego co słyszę przez pierwsze dwa tygodnie nowego roku szkolnego uczniom nie wolno postawić jedynki, czy jak to tam się zwie. To jest śmieszne, kpina ze szkoły. Kiedyś jak nauczyciel coś powiedział to było to święte, nie było dyskusji, trzeba było naprawdę się napracować, a już żeby coś ściągnąć na klasówce, to raczej niemożliwe. Mieliśmy nawet ponad 30 godzin zajęć tygodniowo, a teraz widzę więcej uczniów na mieście niż w szkole, ciągłe przerwy, ciągłe wakacje. Już nawet jak jest matura próbna to uczniowie nie chodzą do szkoły. Uczniowie ciągle tylko chodzą na korepetycje, to co robią nauczyciele, że nie uczą? Ja nigdy nie byłem na korepetycjach, jak dostałem lufę to był opieprz od starych, jakiś zakaz i konieczność poprawy a gdzie tam korepetycje. Rozumiem nauczycieli, że przy niby małych zarobkach i 18 godzinnym tygodniu pracy muszą dorobić, nie winię ich, chociaż tak jak z lekarzami można powiedzieć, że składali przysięgę i ich obowiązkiem jest edukować, ale kapitalizm robi swoje. Zatem nie pozwólmy aby ziścił się dwuwiersz Sztaudyngera: Zdolna jest czasem...

Twardy.

piątek, 20 lipca 2012

CCC-cena czyni cuda


Bez obaw nie będzie o reklamie butów, ale od butów zaczniemy. Mój przywołany w poprzednim tekście osobisty Dziadek mawiał, że biednego nie stać jest na tanie buty, można by odnieść te stwierdzenie do wznoszonych w naszej umęczonej Ojczyźnie wszelkiego rodzaju budowli, programów komputerowych, wszelakich reorganizacji i konsolidacji firm, i instytucji.

Nie ma co powielać tu informacji o budowie naszych stadionów na Euro, bo zanim zostały oddane do użytku wymagały remontu. Podobnie sprawa ma się z autostradami. Ale co ja mam szukać tak daleko; skoro na moim „płockim podwórku” przykładów można znaleźć więcej niż dużo, że nie wspomnę o amfiteatrze, gdyby nie przytomność umysłu majstrów i inżynierów wykonawcy liczba ofiar przy nieuniknionej katastrofie budowlanej jak to obliczyli eksperci byłaby po wielokroć większa, niż przy zawaleniu się hali w Katowicach.

Historia budowy przeprawy mostowej i dojazdów do niej przeszła już do historii, ale koszty i uciążliwości tej fuszerki będziemy ponosić jeszcze przez wiele lat. Jak to jest, myślę sobie - w komisjach przetargowych zasiadają ponoć tęgie głowy, znawcy tematu, a tu masz ci babo placek, placek z zakalcem. I ze świecą szukać przykładów gdzie to wszystko poszło jak należy. Okazuje się, że nie tylko ja wykazuję w tej sprawie brak zachwytu; kilka dni temu znajomy podesłał mi link z wypowiedzią SENATORA RP i nie bez znaczenia jest tu przynależność partyjna jego, tzn senatora nie znajomego, bo trudno go posądzić o opozycyjną upierdliwość. Wklejam ten adres tutaj aby podzielić się z Wami tą grozą i żeby nie było później tłumaczenia, że ktoś, czegoś nie wiedział:





Jestem pod wrażeniem wypowiedzi Senatora Antoniego Motyczki podczas komisji senackiej na temat zapisów ustawy: prawo zamówień publicznych oraz ich konsekwencji w naszym życiu. Nie będę się bawił w recenzenta, bo nie mam ku temu ochoty a i kwalifikacje też pewnie takie jak tych z komisji przetargowych, dlatego ucieknę się do pomocy Jana Pietrzaka tego od „Żeby Polska była Polską”. Zobaczmy co ma na ten temat do powiedzenia Jan Pietrzak i trochę wspomnień przy okazji dla wielu, bo ja tego nie pamiętam miałem 4 latka.

 


Wydaje mi się się, że to pierwsze tak szczere, publiczne wystąpienie polskiego parlamentarzysty, który otwarcie mówi o skandalach czy też aferach związanych z udzielaniem zamówień publicznych w naszym kraju. Do tej pory osoby zainteresowane tą tematyką wiedziały, że "wszystko po 4 zł" nie sprawdza się w realizacji zadań gminnych, powiatowych, wojewódzkich i rządowych, lecz nie uczyniły nic, aby cokolwiek zmienić. Nawet małe dziecko, jak dostanie tanią zabawkę to nie jest nią zachwycone i zabawka ląduje w koszu najczęściej. Chyba, że nasi włodarze chcą abyśmy się bawili zwykłą butelką po oszukanej wodzie mineralnej z kilkoma kamieniami w środku, bo takimi zabawkami chętnie się dzieci bawią.

Ten apel Pana Motyczki pokazuje, jak sprawy zaszły daleko i w złym kierunku. Wynajęci eksperci tworzą ekspertyzy powodujące wzrost kosztów inwestycji, a więc zaprzeczają sami sobie. Przecież zadaniem ich jest właśnie dbanie o finanse publiczne, o dobro Polaków i o efekty realizowanych inwestycji. Pan profesor powiedział to, co mówi się zazwyczaj w kuluarach i potwierdził znaną wszem i wobec maksymę, że nic co jest tanie nie jest dobre. Sam kilkanaście lat temu (około 20 lat) doświadczyłem grając w piłkę nożną. Sorry znów o butach. Kupiłem sobie buty chyba za jakieś 20-30 złotych no i niestety, po tygodniu, było po butach, a były takie ładne no i oczywiście niedrogie.

Cena jest teraz jednym z najwyżej punktowanym kryterium, ponieważ decydenci boją się wystawić na kontrolę NIK, RIO czy innych służb. Myślenie kontrolujących jest bardzo płytkie. Ta ciągła podejrzliwość, że wszędzie są przekręty. Administracja publiczna ma z tym ciągłe problemy, przetarg na drogę wygrywa wykonawca z najniższą ceną, za pół roku znowu przetarg na naprawę tej nowej drogi (szczególnie po zimie) i znowu kryterium najniższa cena i tak "w koło Macieju". Firmy schodząc do najniższej, nierealnej ceny niczego i niczym nie ryzykują, bo i tak nikt im nic nie zrobi, przecież sądy jak zasądzają kary umowne, miarkując to oczywiście bardzo łagodnie patrzą na wykonawcę, przecież zrobił, co tam, że nie w terminie, z potężnym opóźnieniem, co tam że już coś pęka i odłazi. A zawierane umowy jednoznacznie stwierdzają np. za każdy dzień opóźnienia w realizowanej inwestycji 100 000,00 zł. Gdyby w końcu któryś z sędziów odważył się tak, jak Pan Profesor zasądzić karę zgodnie z zapisami umowy to wielu wykonawców by się po stokroć zastanowiło, czy warto brać robotę, kiedy nie ma się odpowiedniego potencjału.

Moim marzeniem jest, aby w końcu ktoś zrobił drogę, która chociaż przez 10 lat nie będzie musiała być naprawiana. Posłużmy się tu przykładem prywatnego przedsiębiorcy, który wie co chce zamówić i u kogo, bo zazwyczaj orientuje się, która firma ma dobrą renomę i która potrafi wykonać zlecenie jak należy za oczywiście rozsądnie możliwie najniższą cenę. Rynek sam zweryfikuje i to szybko uczciwych, i dobrych wykonawców, nie powinniśmy się tego bać i do tego mieszać. Oczywiście nadzór powinien być nad takimi działaniami. Chyba, że Polska jest bogatym krajem i może sobie pozwolić na takie tanie wykonanie i per saldo drogie inwestycje. Czy stać nas na „tanie buty”?

Oto jest pytanie:”To be, or not to be”